Męczennicy Miłości

Blisko 10 lat temu, kiedy po raz pierwszy chwyciłem jedną z najważniejszych dla mnie książek – Tchnienie Daru, dziennik brata Christophe’a, momentalnie w swoim sercu beatyfikowałem mnichów z Tibhirine. Od tamtej pory stali się moimi Przyjaciółmi. Towarzyszami mniszej drogi. Dziś zostają włączeni przez Kościół w poczet błogosławionych. Już nie tylko w sercu, ale i na ustach mogę przyzywać ich orędownictwa. Błogosławieni Męczennicy Miłości z Tibhirine – módlcie się za nami.

Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich (J 15,13).

Każdy z nich na swój własny i niepowtarzalny sposób odpowiedział na jezusowe „Kocham Cię”, które ukształtowało ich życie, do samego końca. Życie, które było bardzo proste. Codzienność, w której przechadzał się Bóg. Algierska zwyczajność, w której każdego dnia odkrywali Oblicze Jezusa. Brat Luc, lekarz w klasztorze mówił:

Życie chrześcijańskie to objawienie każdemu, w sobie właściwy sposób, oblicza Jezusa w życiu dnia codziennego.

Klasztor Cystersów Ściślejszej Obserwancji w algierskim Tibhirine został ufundowany przez wspólnoty Aiguebelle i w Rahjenburgu w 1938 roku. Tak się rozpoczyna miłosna historia mnichów, którzy obrali drogę „życia bez przemocy”. Życie trapistów wszędzie jest takie samo. Reguła św. Benedykta. Wspólnota. Opus Dei. Ora et labora. Modlitwa i praca.

Siedem razy na dzień Cię wysławiam (Ps 119).

Żyli z pracy rąk własnych. Skromnie i prosto jak na mnichów przystało. Przyjaciele miejscowej muzułmańskiej ludności. Bracia napotkanych ludzi. Spokojne i monotonne mnisze życie przerwała w 1991 roku wojna domowa. Mimo zachęt do wyjazdu, pozostali. W nocy z 24 na 25 grudnia – w noc narodzenia Księcia Pokoju, do klasztoru wtargnął oddział partyzantów. Domagają się lekarstw, pieniędzy i brata Luca – lekarza. Przeor wspólnoty O. Christian de Chergé, wychodzi na spotkanie do nocnych gości. Zdecydowanie odmawia wpuszczenia ich na teren klasztoru, ze względu na to, iż posiadają broń. Mówi im:

Jest to dom pokoju. Nikt nie wszedł tutaj kiedykolwiek z bronią w ręku. Jeśli chcecie rozmawiać z nami, wejdźcie, ale broń zostawcie na zewnątrz. Jeżeli nie możecie tego uczynić, porozmawiamy na zewnątrz.

Nie zgadza się na żadne żądania partyzantów. Słyszy w odpowiedzi, że nie ma wyboru. Ze spokojem odpowiada:

Zawsze mam wybór.

Wspólnota od pamiętnej nocy Bożego Narodzenia, będzie toczyła wewnętrzną walkę. Z jednej strony: ludzki i naturalny lęk, chęć wyjazdu. Z drugiej zaś: miejscowa społeczność, która prosi ich o pozostanie. Słyszą od ludzi:

Wy macie jeszcze malutką furtkę, przez którą możecie uciec. Dla nas nie ma żadnej drogi, żadnej furtki… Jeśli wyjedziecie, odbierzecie nam swoją nadzieję i pozbawicie nas naszej własnej nadziei… Wy jesteście gałęzią, a my ptakami. Jeśli odejdziecie, gdzie odpoczniemy?

Na styku tych dwóch rzeczywistości poszukują Woli Bożej. Noc przemienia się w Światło. Mnisi odkrywają wezwanie, które kieruje do nich Pan. Brat Christophe zapisuje w swoim dzienniku:

To pytanie pochodzi od Ciebie i czyni mnie wolnym w darze Ojca, wiążąc mnie z Tobą tutaj… Odejść stąd byłoby dla mnie zaprzestaniem podążania za Tobą, kroczenia Twoimi śladami na tej algierskiej ziemi.

Natomiast Brat Luc deklaruje wspólnocie:

Moja obecność tutaj nie jest konieczna, ale może być przydatna. Także w tych warunkach jestem winien siebie innym – nie mogę porzucić Tibhirine. Przyjdź Królestwo Twoje.

Klasztor musi do końca pozostać klasztorem. Domem modlitwy i pokoju. Mnisi odmawiają ochrony wojskowej. Odmawiają przeniesienia. Ich misja trwa nadal. Zdają sobie sprawę z czyhającego na nich zagrożenia, jednak życie mnicha to zaproszenie do całkowitej stałości… stałości i wierności pomimo wszystko. Do końca wypełniali obowiązek Służby Bożej nadany im przez św. Benedykta.

Mnisi coraz bardziej dojrzewają. Ich modlitwa staje się głębsza, świadoma, krystaliczna. Wspólnotę opanowuje coraz większy wewnętrzny spokój. Brat Luc, któregoś dnia podczas modlitwy wiernych modli się o łaskę umierania bez nienawiści. Z jego serca dobywa się krzyk:

Jezu, rozbrój ich… rozbrój nas…

Są coraz bardziej nastrojeni na Słowo Boże. Coraz bardziej świadomie odkrywają czego chce od nich Dobry Bóg. Ojciec Christian zapisze:

Dziś przemawiasz do mnie z Ewangelii: Miłujcie nieprzyjaciół waszych. Módlcie się za tych, którzy was prześladują. Aby być synami waszego Ojca niebieskiego. Słyszę Sylwana [towarzysza św. Pawła]: Pan nauczył mnie miłości do nieprzyjaciół. Pozbawieni Bożej łaski nie umiemy miłować nieprzyjaciół, ale Duch Święty uczy kochać… Kiedy będziesz modlić się za swoich nieprzyjaciół, pokój zstąpi na ciebie.

Brat Christophe odnotowuje w swoim dzienniku:

Chodzi o miłość: bez wyjątków, bez ograniczeń. Miłość bezmierną. Modlitwa za tamtych, którzy zabijają człowieka – choć jeszcze nie zagrozili nam bezpośrednio, pomimo broni, której niewątpliwie gotowi byli przeciwko nam użyć – podtrzymuje naszą więź z nimi. Przygotowuje nas także wewnętrznie i ustanawia nas synami Ojca wobec braci, którzy również są Jego umiłowanymi synami…

Wciąż od nowa musimy przechodzić przez początek obecny w tym, czym jesteśmy jedni dla drugich. Droga, o której mówię, nie jest wymysłem. Ten, kto nią podąży, poruszy wokół siebie wszystkie zabójcze moce, cały smutek świata… To nie utopijna mrzonka. Trzeba przejść tę drogę. To znaczy: mimo ran, mimo rozdarcia nie zboczyć z niej i aż do końca nie dać się zarazić i pojmać duchowi destrukcji: w mowie, opiece, dawaniu miłości – niczego nie zaniedbując, nikogo nie pomijając…

Historia oczekuje od nas Twojego Pocałunku pokoju. (…) Uczyń mnie aż do granic Sługą Twojego kocham. W istocie nic poza tym mnie nie pociąga. Jestem tu, by dla Ciebie stać się Tobą. Nie będę się uchylał. Proszę Cię dziś o łaskę zostania sługą i oddania mego życia, tutaj, w okup za POKÓJ, w okup za ŻYCIE…

W nocy z 26 na 27 marca 1996 roku zostają porwani przez terrorystów, których nazywali „braćmi z gór”. Siedmiu mnichów w białych habitach rozpoczyna swoją ostatnia drogę. Do porwania zakonników przyznała się Zbrojna Grupa Islamska. 23 maja informują świat, że dwa dni wcześniej tj. 21 maja mnisi zostali zabici. Dziesięć dni później odnaleziono ich odcięte głowy, a 4 czerwca 1996 roku zostały one pochowane na cmentarzu klasztoru Najświętszej Maryi Panny w Tibhirine.

Jeden z ostatnich wpisów Tchnienia Daru brata Krzysztofa brzmiał:

Tylko moja własna śmierć pozwoli mi wkroczyć w tę nowość i zaznać komunii z dziełem Krzyża. Abba, nie to, co ja chcę, ale to, co Ty, niech się stanie.

Po śmierci mnichów otwarto list przeora, Ojca Christiana de Chergé. Testament Miłości.

Gdyby pewnego dnia zdarzyło się – a mogłoby to być już dzisiaj – że padnę ofiarą terroryzmu, który zdaje się obecnie zagrażać wszystkim cudzoziemcom zamieszkującym w Algierii, pragnąłbym, aby moja wspólnota, mój Kościół, moja rodzina pamiętali, że moje życie było oddane Bogu i temu krajowi. By zdali sobie sprawę, że Jedynemu Władcy wszelkiego życia to moje nagłe odejście nie było obojętne. By modlili się za mnie; bo jakże mogłem zostać uznany za godnego złożenia takiej ofiary? By potrafili związać moją śmierć z tylu innymi, które są równie okrutne, lecz pozostają ledwie zauważone i bezimienne.

Moje życie nie jest więcej warte niż jakiekolwiek inne. Ale też nie jest warte mniej. W każdym razie nie ma w nim niewinności dzieciństwa. Żyję już na tyle długo, że świadom jestem własnego udziału w złu, które niestety zdaje się przeważać na tym świecie, nawet tego, które może we mnie uderzyć. Chciałbym, gdy ten moment nadejdzie, mieć umysł na tyle jasny, bym mógł prosić o przebaczenie Boga i wszystkich moich bliźnich i równocześnie przebaczyć z całego serca temu, który ugodzi we mnie.

Nie życzę sobie takiej śmierci. Myślę, że muszę to jasno powiedzieć. Bo nie wyobrażam sobie, jak mógłbym się cieszyć z tego, że ten naród, który kocham, miałby być w czambuł oskarżony o zamordowanie mnie. To zbyt wysoka cena, za coś co prawdopodobnie zostanie określone jako „łaska męczeństwa”, by płacił ją Algierczyk, ktokolwiek nim będzie, nawet jeśli powie on sobie, że czyni to w imię po swojemu rozumianego islamu. Wiem, jaką pogardą świat darzy Algierczyków, wszystkich bez różnicy.

I znana mi jest karykatura islamu, forsowana przez typ ludzi dobrze myślących. Ci ludzie zbyt łatwo uspokajają własne sumienie, stawiając znak równania między religią i ideologią skrajnych fundamentalistów. Dla mnie Algieria i islam to dwie różne rzeczy, to ciało i dusza. Stwierdzałem to już wielokrotnie, w pełni świadom tego, co im zawdzięczam, tak często odnajdując w nich prostą nić przewodnią Ewangelii, tak jak nauczyła mnie jej moja matka, mój pierwszy Kościół –odnajdując ją właśnie tu, w Algierii, w postawie szacunku wierzących muzułmanów. Moja śmierć zapewne okaże się argumentem na rzecz tych, którzy szybko zdefiniowali mnie jako naiwnego idealistę. „Niechby nam powiedział teraz, co o tym myśli”. Ale niech ci ludzie wiedzą, że wtedy moja najbardziej dociekliwa ciekawość będzie już zaspokojona. Bo wtedy, jeśli Bóg zechce, będę mógł zobaczyć Jego dzieci islamskie, tak jak On je widzi, ludzi ogarniętych światłością chwały Chrystusa, owocu Jego Męki, obdarzonych Darem Duchaktórego tajemną radością będzie zawsze tworzenie wspólnoty, ukazywanie podobieństw i radowanie się różnicami.

Za życie utracone, całkowicie moje i całkowicie ich, dziękuję Bogu, który jak gdyby tylko dla tej Radości je stworzył, radości ze wszystkiego i mimo wszystko. Do tego „dziękuję” za całe moje życie wraz z tym, co jeszcze może się w nim zdarzyć, włączam Was wszystkich, przyjaciół dawnych i dzisiejszych, i Was przyjaciół tu na miejscu, a także moją matkę i ojca, siostry i braci, i ich rodziny – moje stokrotnie przyrzeczone dzięki! A także ciebie, przyjacielu mojej ostatniej minuty, który nie będziesz wiedział, co czynisz. Tak, ciebie też do mojego „dziękuję” włączam i do mojego „A Dieu – Z Bogiem”, którego widzę także w twojej twarzy. By dane nam było się spotkać, jak dobrym łotrom, w raju: bo tak spodobało się Bogu, który jest Ojcem nas obu. Amen.

Inch’Allah.
Algier, 1 grudnia 1993 r. – Tibhirine, 1 stycznia 1994 r.

Wierzyli i ufali Miłości do końca. W każdym położeniu, w każdym miejscu. Wierzyli, że mogą kochać… ufali, że są bezgranicznie kochani. Jeden z najpiękniejszych dla mnie fragmentów dziennika Tchnienie Daru, brata Krzysztofa brzmi tak:

Dzisiaj, w Tibhirine kocham Cię.
Nie, nie żądasz ode mnie żadnego dowodu. Bezmiernie w to wierzysz.

Uwierzyć, że lubisz patrzeć, kim jestem, kim się staję. Uwierzyć Twoim oczom: nagość Twojego „kocham”, które obnaża. Takim był Jezus na Krzyżu: wydany na Twoje spojrzenie, samotny, nieskończenie ufny. Pewien, że Go szukasz i odnajdujesz nawet w tym przeklętym miejscu kaźni.

Dwa słowa, które najczęściej padają w dzienniku tego mnicha to: Kocham Cię. Tak może pisać jedynie Męczennik Miłości.

Wspólnota Błogosławionych Męczenników z Tibhirine.

Imię i nazwisko Data i miejsce urodzenia Data złożenia ślubów wieczystych Dane biograficzne
Bł. o. Christian de Chergé 18 stycznia 1937, Colmar 1 października 1976 Przełożony klasztoru w Tibhirine od 1984. Uczestnik dialogu ekumenicznego.
Bł. o. Christophe Lebreton 11 kwietnia 1950 1 listopada 1980 W klasztorze był mistrzem nowicjatu oraz zastępcą przełożonego. Autor dziennika i wierszy, częściowo wydanych pośmiertnie (tytuł polski Tchnienie daru).
Bł. o. Bruno Lemarchand 1 marca 1930, St. Maixent 21 marca 1990 Od 1956 był kapłanem, do zgromadzenia trapistów wstąpił jako nowicjusz w 1989. Od 1992 był przełożonym filii klasztoru w Tibhirine w Maroku. W dniu porwania przebywał w macierzystym klasztorze w celu uczestnictwa w przewidzianych na 31 marca 1996 wyborach przełożonego.
Bł. o. Célestin Ringeard 27 lipca 1933, Touvois 1 maja 1989 Od 1960 był kapłanem, do zakonu trapistów wstąpił jako nowicjusz w 1987. W klasztorze pełnił funkcję kantora.
Bł. br. Luc Dochier 31 stycznia 1914, Bourg-le-Péage 15 sierpnia 1949 Przed wstąpieniem do zakonu uzyskał wykształcenie medyczne. W Tibhirine prowadził otwartą dla wszystkich klinikę. W Tibhirine przebywał najdłużej z zamordowanych braci (od 1946). W 1959 został porwany przez algierskich partyzantów, jednak miejscowa ludność przekonała ich, by uwolnili mnicha znanego ze swojej działalności jako lekarz.
Bł. br. Michel Fleury 21 maja 1944, Ste Anne 28 sierpnia 1986 W klasztorze pełnił funkcje kucharza i ogrodnika. Znany był z prostoty i daru modlitwy.
Bł. br. Paul Favre-Miville 17 kwietnia 1939 w Vinzier 20 sierpnia 1991 W klasztorze wykonywał wszelkie prace naprawcze – przed wstąpieniem do zakonu był hydraulikiem.

Tabela za: wikipedia.pl

Błogosławieni Męczennicy Miłości z Tibhirine – módlcie się za nami!

Ps.
Bracie Krzysztofie – dziękuję.

Otrzymaliście jako czysty dar
dawajcie jako czysty dar
wszystko: sprowadza się (całkowicie i po prostu)
do zgody na DAR

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s