Jestem kiepskim mnichem…

Thomas Merton – mnich, trapista, prawdziwy facet z krwi i kości. Kanciasty i trochę szorstki, jednocześnie wrażliwy i pełen głębi. Człowiek o wielkim dystansie do samego siebie. Z dobrym poczuciem humoru i założeniem, że do życia nie należy podchodzić zbyt poważnie, bo można nabawić się wrzodów żołądka.

Jest prawdziwy. Nie koloryzuje. Nie wybiela się. Nie zakłada masek. Nie jest duchowym pozerem. Zawsze jest o sobie szczery do bólu. Nigdy nie chciał, by miano go za kogoś, kim nie jest. Przy tym wszystkim nie był pozbawiony błędów. Kuśtykał… ale jak pięknie.

Merton nigdy nie chciał dostosowywać się do czyichkolwiek wyobrażeń o życiu mnicha, nawet swoich własnych. W dzienniku notuje kiedyś o samym sobie:

Jestem nieuważny, niewierny sobie, niezdyscyplinowany, wolny niewłaściwą wolnością, mówię za dużo i za często przeklinam.

Do takiego Mertona, zwyczajnego i codziennego, znającego smak ludzkiej biedy, po duchowe prowadzenie przychodzą ci, którzy cierpią z powodu swej niedoskonałości. Swojego nieprzystosowania do świata… swojej nadwrażliwości. Swojego niedopasowania do istniejących i znanych schematów.

A Ojciec Ludwik ich rozumie… sam bowiem wiedział, że nie pasuje do tego świat:

Moja dusza nigdy nie będzie pasowała do tego teatru. Chodzi mi tylko o wolność, sumienie i autonomię. Jestem kotem chodzącym zupełnie własnymi drogami i choć nie tak niezależnym, jak by się zdawało, to również niezintegrowanym z czymkolwiek innym.

Wiedział, że jest kiepski… że nie ma co afiszować się ze swoją miernotą. Chciał się ukryć jedynie w Bogu… w prawdzie… taki jaki był… bez udawania.

Wiem, że jestem kiepskim mnichem… chcę być zapomnianym i nieznanym świętym, ukrytym jedynie w Bogu.

Wierzył, że świętość jest możliwa… że jest dostępna… na wyciągnięcie ręki… mimo swoich słabości, swojej kruchości… problemem bowiem nie jest sama słabość, niedoskonałość, wada, ale to kiedy chorobliwie zaczynamy się wokół niej krążyć. Czynić z niej centrum naszego życia duchowego, skupiając się na niej bardziej, niż na osobie Jezusa.

Dla Mertona świętość jest kwestią prawdy o własnej kondycji oraz życia w prostocie. Jednym słowem:

Być świętym to być sobą.

I to być świętym niepowtarzalnym. Nie jakimś tam świętym od linijki. Thomas Merton podpowiada nam, że każdy ma być świętym na swój własny sposób:

Jeśli staniesz się sobą, nie będziesz pasował do mistyki nikogo innego.

A jakim kiepskim „świętym” jest Merton…? Takim włóczęgą… włóczykijem… wagabundą… wygnańcem i pielgrzymem… zresztą sam o sobie tak mówi:

Jestem przekonany, że moje powołanie to zasadniczo powołanie pielgrzyma i wygnańca w życiu, że nie mam stosownego miejsca w tym świecie, lecz że z tego powodu mam być w pewnym sensie przyjacielem i bratem ludzi wszędzie, zwłaszcza tych, którzy są wygnańcami i pielgrzymami, jak ja sam.

Dla jednych dziwak…. dla innych brat i przyjaciel… dla samego siebie, zwyczajnie kiepski mnich. Dla Boga… dziecko umiłowane.

CNS photo/Merton Legacy Trust and the Thomas Merton Center at Bellarmine University
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s