Duchowość listów

Karmel pw. św. Józefa
5. II A.D. 2017 Warszawa

J.M. + J.T.
Drogi Czytelniku,

Jeżeli dla nikogo, nigdy, nie napisałeś żadnego listu, bardzo Cię proszę abyś spróbował. Raz jeden. Do bliskiej Ci osoby. Mam zaś nadzieję, że nie będzie to Twój ostatni list. 
Jeżeli zaś wiesz, co znaczy pisać i otrzymywać listy… 
Nie szczędź atramentu.

z darem modlitwy
Wasz brat
mateusz Maria od Krzyża

PS.
„List trzeba pisać krótko, po zakonnemu, niech on duszę buduje; list ma tchnąć świętością.”
Sł. B. Matka Teresa od św. Józefa
Przyznam się, że krótkich listów nie potrafię pisać…


***
Już od dłuższego czasu chodzę z zamiarem napisania tekstu na temat tego, co określam mianem: „Duchowość listów”. Czy nie na wyrost? Czy to nie jakaś forma literackiej kokieterii? Może zbyt wybujałe? Zobaczycie sami. A impulsem do tego, aby w końcu zmierzyć się z tematem, był dzień, w którym otrzymałem nowe pióro. Poprzednie służyło mi blisko dziesięć lat, aż pewnego dnia gdzieś je zgubiłem. Pozostało po nim wspomnienie, poczucie utraconej ręki i cząstki osobistej historii. Nowe pióro ucieszyło mniszą duszę i zaraz zostało „ochrzczone” listem. Kolejny zaś, z kolejnymi stronami, pisany jest między zakonnymi modlitwami.

***
Pióro, atrament, papier. Niegdyś Parker, dziś Waterman. Atrament zawsze czarny. Papier, zazwyczaj gładki, biały z podłożonym liniałem dla prowadzenia prostej kreski. Czasami jednak zwyczajny, studencki w kratkę. Noc, cisza i zielona herbata. Światło lampki i płonąca świeca przy Ikonie Matki Bożej Włodzimierskiej. Znak Krzyża kreślony na czole i wezwanie Ducha Świętego. Misterium… domowa liturgia.

***
Na początku listu zawsze jest Osoba. Moment spotkania i pierwsze pokorne stawianie liter. Delikatne chrobotanie przesuwającej się stalówki na papierze, uświadamia mi, że właśnie dokonuje się coś niezwykłego. Każda litera, każde zdanie, każda myśl bardzo świadoma. Nauka uważności i szacunku dla każdego słowa. Rzadko kiedy udaje mi się napisać list jednej nocy. Na myśl, przychodzi mi tutaj biblijny opis stworzenia świata. Nie jeden dzień, lecz aż sześć. I zachwyt nad całym dziełem dnia siódmego. Dla listu, dla Osoby po drugiej stronie nocnej ciszy potrzeba czasu i wewnętrznej dyscypliny. To nocne pisanie przedłuża się często na jasny dzień. Gdzieś w tyle głowy podczas spaceru, jazdy metrem,  na modlitwie czy nagle na korytarzu, myśli wyłaniają się i otrzymują konkretną formę. Na podorędziu jest zawsze ołówek i kawałek papieru, aby nic nie uronić z tego, co się narodziło.

***
Kolejne zapisane strony cieszą, zachwycają i odkrywają nowe przestrzenie i horyzonty. Słowo rodzi słowo. Spojrzenie się wyostrza, język staje się transparentny. Niekończąca się opowieść… Przychodzi jednak taki moment, kiedy trzeba zamilknąć. Dopuścić ciszę do głosu. Zaprzestać pisania i zgodzić się na niedopowiedzenia. Zgodzić się na brak, na to, że wszystkiego nie jestem wstanie wypowiedzieć. Zgoda na niewystarczalność ludzkiego słowa. To swoiste ubóstwo listu i nic na to nie poradzisz. Zwyczajnie nie ma tu miejsca na kolejne „wyślij”, na kolejne dopiski. List musi mieć zakończenie. Cisza i podpis – w nich zawarta Nadzieja.

***
Nigdy nie czytam listu, który napisałem. Godzę się na jego braki, błędy i kosmate myśli. Na mnie zawartego między wierszami. Zgadzam się na to, że w tym momencie ten list już do mnie nie należy. Już nie jest mój i nigdy nie będę go miał w nadawczej skrzynce do podglądu. Starannie go składam i przygotowuje drobny upominek. Zdjęcie, święty obrazek, zakładkę do książki czy ręcznie przepisany Psalm. Pakuję do koperty. Zaklejam i opisuję. Na końcu naklejam pocztowy znaczek. Smak słodkiego kleju na języku, zapamiętam zapewne do końca życia. Odkładam zmęczone pióro i pozwalam sobie na błogi moment kontemplacji. Przede mną list. Dzieło ukończone i początek oczekiwania…

pexels-photo-281962-copy

***
Oczekiwania na odpowiedź… tak! to już w tym momencie się to rozpoczyna. W tym momencie wewnętrznie czytam mój list oczami osoby, do której go wysyłam. A przecież przed nim jeszcze długa droga. Im dłuższa, tym większe napięcie. Wszak, potrzeba aktu zaufania wrzucając go do skrzynki pocztowej. Powierzam kawałek mojej duszy pocztowym gołębiom, którzy mają zanieść mój list do adresata. Troska, niepewność i pytania… czy dojdzie, czy się nie zagubi, czy nikt go czasem nie przeczyta. Wierzę, że zostanie dobrze potraktowany. Wierzę, że dojdzie do rąk własnych. Wierzę w uczciwość ludzką!

***
Chciałbym zobaczyć wyraz twarzy osoby, która wyciąga ze swej skrzynki list ode mnie. Chciałbym zobaczyć oczy, które przesuwają się wzdłuż napisanych słów. Chciałbym zobaczyć jej myśli i zachwyt… pozostaje jednak oczekiwanie. Oczekiwanie, które uczy cierpliwości i łagodności. Do siebie i do drugiej osoby. Tutaj, nic nie ma natychmiast. Tutaj nie ma miejsca na pretensjonalność i wymuszanie szybkiej odpowiedzi. Na wszystko jest czas. Każdy list ma swój osobisty czas. Tutaj, niczego nie można przyśpieszyć. Trzeba cierpliwie oczekiwać… z Nadzieją.

***
Dzień, w którym otrzymuję list jest zawsze wyjątkowy. Otrzymuję go i czas jakby stanął w miejscu. Szukam i czekam na moment samotności oraz ukrycia się przed światem, aby móc się zanurzyć w przestrzeni ciszy i słowa. Czytam i smakuję każdą myśl. Czytam i zatrzymuję się w chwilach zamysłu, refleksji i zachwytu. Czytam i staram się wniknąć w umysł i serce osoby piszącej do mnie. Czytam pierwszy raz, drugi, trzeci… i raz kolejny. Czytam to, co jest napisane i to, co ukryte między wierszami. Listy ze mną żyją, zaczynają ze mną wędrować. Towarzyszą mi w różnych miejscach. Trzymam je w kieszeni habitu pod Szkaplerzem. Leżą na biurku lub są skryte w jakieś książce. Kurtka, plecak, brewiarz, Pismo Święte. Towarzyszą mi niczym święta lektura. Czynię z nich osobiste Lectio Divina. Niektóre na lata zachowuje, inne, gdy przychodzi odpowiedni moment palę dla zachowania tajemnicy.

W momencie czytania listu, już zaczynam na niego odpisywać… sercem, umysłem, aż w końcu czarnym atramentem dla utrwalenia tego co ważne.

***
Co daje mi pisanie listów? Jaką przestrzeń duchowości w nich odnajduję? Jeden z największych epistolarnych paradoksów, który całkowicie przekracza moje rozumienie jest ten, że listy tworzą relację z drugim człowiekiem. Niezależnie jak smsy, komunikatory, maile ułatwiają życie i pomagają w komunikacji, to jednak list pozwala tworzyć relację. Pozwala na spotkanie… Jak to się dzieje?  Nie wiem… to jakaś tajemnica mocy słowa, na którą się zgadzam… z której chcę korzystać.

***
Pisanie listów uspokaja umysł. Wprowadza dusze w przestrzeń milczenia i ciszy. Dzięki listom częściej obcuje sam ze sobą, ze swoją samotnością… częściej trwam w modlitewnym skupieniu. Listy uczą mnie cierpliwości i łagodności… do samego siebie, do drugiej osoby, do rzeczywistości. Listy wydobywają z człowieka zdolność do uważności na niuanse życia i uczą szacunku dla słowa. Budują wewnętrzną dyscyplinę i rodzą zaufanie do otaczającego nas świata. Pozwalają doświadczyć głębokiej radości i prostego zachwytu. Uczą szacunku dla tego co tradycyjne i pełne tajemnicy. Kształtują charakter i budują relacje. Są niczym sól… światło… skała!

***
Literatura epistolarna jawi się, jakoby była na wymarciu. Zagrożony gatunek. Czy w przyszłości, ktoś będzie wydawał zbiory mailów? Czy wydawcy znajdą listy pisane przyjaźnią, które poruszą duszę czytelnika? Niezależnie od tego, czy nasze listy trafią na półkę, czy też pozostaną skryte w wiecznej tajemnicy przyjaźni… warto pisać listy, bo warto budować relacje… inaczej. Misterium i „cisza, która jest pełnią słowa”.

PS.
Szacuje się, że św. Teresa od Jezusa napisała nawet 100 tys. listów. I jak tu ich nie pisać, skoro posiada się tak wspaniały wzór przy sobie?

grafika-www-bezcienia

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s