świętość przydrożna

***
Trzy tygodnie wędrówki.
Ponad 2000 km autostopowej drogi.
Spotkania z wieloma osobami.
Godziny pasjonujących rozmów.
Piękne historie ludzi dobrej woli.
Gościnność samochodowa, domowa, przydrożna.
Zwyczajny uśmiech, poranne śniadania i nadłożone kilometry kierowców.

Kręta Warmia, wschód słońca nad Bałtykiem, pofałdowane Kaszuby, spokojne Kujawy i spalona Wielkopolska. Chrzest małej Tereski, niedziela Słowa, zielony Dolny Śląsk i zadziwieni Amerykanie z Colorado. Urokliwa Kotlina Kłodzka, mglisty Beskid Żywiecki i rodzinki zmierzające na ŚDM. Ukochane Tatry, Orla Perć i śliska Kazalnica, świstaki i kozice. Narzeczeni ze schroniska i samotna kolacja na koniec dnia. Jasna Góra i MB Kodeńska. Jezus ze śmietnika i ślub starych przyjaciół.
Wspomnienia… wdzięczność… łaska… czysty Dar…

***
Mógłbym chyba napisać kilka stron opowiadania, jak to było wspaniale przez ostatnie trzy tygodnie stopowania po Polsce.
Mógłbym dokładnie opisać miejsca, które nawiedziłem, przedstawić Wam osoby, które spotkałem. Opowiedzieć ich historie.
Mógłbym Wam powiedzieć o cudach, które miały miejsce w ostatnich dniach i pokazać Wam mnóstwo zdjęć.
Mógłbym… ale wtedy zagadałbym świadectwo męża Bożego, którego miałem łaskę spotkać.
Sic! Spotkałem Świętego!

***
Gdzieś w Polsce, żyje święty Józef z wielką rodziną (imię zmieniam ze względu na Jego ukrycie). Pytam go na początek, czym się zajmuje na wyczekanej emeryturze. Odpowiada, że do emerytury mu daleko, ma bowiem niespełna pięćdziesiąt lat, choć ma świadomość, że już na emeryta to on wygląda…  życie nadało mu tytuł i wygląd Ojca i Starca…

Oto życie Pana Józefa… świętego Józefa.

Z żoną od ponad dwudziestu lat prowadzą rodzinny dom dziecka. Mają również adoptowanego syna. Przez ich dom przewinęła się ponad dwudziestka dzieci.
Zaczynali w skromnym mieszkaniu w bloku. Dom wybudowali własnymi rękoma bez pieniędzy. Najpierw kredyt na działkę i lata spłacania. Potem tak samo poszczególne etapy budowy. Sami wykopali fundamenty pod nowy dom. Na gruzowisku kupili stare betonowe słupy telegraficzne, a Pan Józef samodzielnie rozbijał je młotem, aby wyciągnąć z nich druty, które służyły mu do szkieletu fundamentów domu. Dom po długich latach wybudowali. Grosza pomocy nie otrzymali.

Otrzymali natomiast w darze dzieci – najbardziej poranione, skrzywdzone, chore i zaniedbane. Niekochane i odrzucone. Najcięższe przypadki w całym województwie.
Dzieci z fasem, z dysfunkcjami ortopedycznymi. Dzieci gwałcone przez swoich rodziców i dziadków. Dzieci bite, maltretowane i wyrzucane z domu.
Dzieci, które znudziły się poprzednim zastępczym rodzinom. Dzieci osamotnione. Zalęknione, że znów ktoś je wyrzuci na śmietnik.
Jakże wiele trzeba cierpliwości w tej posłudze. Lęki sprawiają, że dzieci przez pierwsze długie miesiące nie przesypiają nocy – my wraz z nimi.
Dzieci ze strachu, że znów będą musiały zmienić dom, przez pierwsze miesiące wielokrotnie się moczą. Trzeba je nieustannie przebierać i zapewniać, że to nic… Płaczą, krzyczą, ze strachu uciekają. Potrzeba wiele, wiele miłości i cierpliwości. Z wielką pokorą opowiada mi Pan Józef.

Najsmutniejsze w tej historii jest to, że najwięcej wycierpieli się od urzędników. Dlaczego? Bo wychowywali dzieci w duchu wiary katolickiej. Sic!
Nie godzili się na ideowe programy Gender wprowadzane przez unijne instytucje. Na szkoleniach dla innych rodzin mówili jak jest naprawdę, jaki to wysiłek, jak niewiele prywatnego życia zostaje dla siebie. W końcu urzędnicy pozbyli się ich – przynajmniej teraz nie nauczają prawdy o rzeczywistości rodzinnych domów dziecka.
Walczyli również o swoje dzieci, aby nie sprzedawano ich do włoskich domów adopcyjnych. Walczyli o godne życie swoich dzieci. Pan Józef w całym dramacie sytuacji mówi, że rozumie to, że można wzajemnie się oszukiwać i okradać. Że można dorabiać się na niewiedzy drugiego dorosłego, ale nie rozumie jak można zarabiać na bezbronności dziecka. Ta bezradność sytuacji rodzi wiele frustracji. Przez wojewódzkich urzędników – znienawidzeni.

A statystki i wywiady środowiskowe pokazały, że ich dzieci zawsze wychodziły życiowo na prostą. Najbardziej owocny rodzinny dom dziecka w całym województwie. Nic do zarzucenia. Okazuje się, że katolicki model wychowania przynosi owoce. Jest skuteczny, mnoży dobro i sprawdza się w praktyce.
Dzieci swoje uzbrajali w sakramenty od pierwszej chwili wspólnego życia. Pokazywali im wartość modlitwy. Otaczali zaufaniem. Pielęgnowali. Zwyczajnie pokochali. Dali im siebie…
A teraz… jak sam Pan Józef mówi: zaczęliśmy z żoną cierpieć na syndrom wypalonego Samarytanina. Potrzebujemy chwili odpoczynku. Wychowamy ostatnie dzieci, które mamy i zobaczymy co dalej…
Dostałem od nich zaproszenie… w domu mają przygotowany pokój dla gości… chciałbym kiedyś doświadczyć ich gościnności… chciałbym z nimi pobyć…

Święty Pan Józef i święta Jego Żona…
Pomódlcie się za nich…
Piękni ludzie…

Trzy tygodnie w drodze… i święty Pan Józef nieustannie przed mymi oczami.

Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią (Mt 5,7).

DSC_0134 (Copy)

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s