„Reforma Reformy”

dnia

Papieża Benedykta mogę słuchać, czytać, patrzeć na Niego – nieustannie. Mądrość dojrzała. Przenikliwość serca i głębia ducha. Jego myśl i słowo to – Nowa Suma Teologiczna dla całego Kościoła.

Prof. Spaemann ma rację: „reforma reformy” odnosi się nie do poprzedniego Mszału, lecz do Mszału zreformowanego. Co można zrobić, zakładając, że naszym wspólnym celem – tak mi się wydaje – nie jest ujednolicenie liturgii, lecz pojednanie? Nie jestem za jednolitością, musimy jednak przeciwstawiać się oczywiście chaotyczności i fragmentaryzacji liturgii i w tym sensie jesteśmy za jednością w trzymaniu się Mszału Pawła VI. Wydaje mi się, że jest to problem zasadniczy: Jak dojść do rytu wspólnego – lub jeśli chcecie, reformowanego – jednak nie fragmentarycznego ani pozostawionego dowolności wspólnot lokalnych albo takich czy innych komisji lub ekspertów? „Reforma reformy” to problem dotyczący Mszału Pawła VI, jednak mający na celu wewnątrzkościelne pojednanie, bo w tej chwili mamy do czynienia raczej z bolesnym rozdarciem i jesteśmy jeszcze bardzo daleko od pojednania, nawet jeśli dni, które tutaj razem przeżyliśmy, stanowią znaczący krok ku temu pojednaniu. W związku z aktualnie obowiązującym Mszałem pierwszym punktem byłoby, moim zdaniem, odrzucenie fałszywej kreatywności, która nie jest kategorią liturgiczną. Niejeden już raz przypominano, co w rzeczywistości mówi na ten temat sobór: podejmowanie decyzji należy wyłącznie do władz kościelnych, wprowadzanie zmian w liturgii nie jest sprawą ani kapłana, ani żadnej innej osoby. W nowym Mszale znajdujemy jednak dość często takie formuły, jak: Sacerdos dici sic vel simili modo […] albo też: Hic sacerdospotest dicere. Te sformułowania Mszału w rzeczywistości dopuszczają oficjalnie kreatywność. Kapłan czuje się niemal zobowiązany zmieniać trochę słowa, pokazać, że jest kreatywny i że przybliża tę liturgię swej społeczności – i przez tę fałszywą wolność, która zmienia liturgię w katechezę przeznaczoną dla tej wspólnoty, niszczy się liturgiczną jedność i eklezjalność liturgii. Moim zdaniem istotnym krokiem w kierunku pojednania byłoby usunięcie z Mszału tych obszarów kreatywności, które nie odpowiadają głębokiej rzeczywistości, duchowi liturgii. Gdyby w wyniku takiej „reformy reformy” można było powrócić do wiernego, kościelnego celebrowania liturgii, byłby to już, moim zdaniem, krok doniosły, ponieważ w ten sposób ponownie jasno ukazałaby się eklezjalność liturgii. Drugi punkt, o którym była mowa, to przekłady Kanonik Rose powiedział nam tu rzeczy wielkiej wagi – w USA i w świecie anglojęzycznym kryzys jeszcze się zaostrzył z powodu ciągłych zmian języka, problemu political correctness i problemu języka inkluzywnego. W USA są parafie, w których – w związku z językiem inkluzywnym – nikt nie ośmiela się już mówić: „W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”, ponieważ słowa te byłyby przejawem maskulinizmu: Ojciec i Syn – dwaj mężczyźni. Mówi się wtedy: „W imię Stwórcy, Odkupiciela i Ducha Świętego”. To tylko jeden przykład, dany w celu pokazania powagi tego problemu i zrozumienia nacisków, jakie muszą wywierać niektórzy biskupi (nie konferencje episkopatów jako takie), żeby się posługiwano językiem, który nazywają „realnym”, bo inny według nich nie byłby już językiem realnym. Język inkluzywny prowadzi do zaniku niektórych istotnych rzeczy, w psalmach na przykład całej struktury chrystologicznej, ponieważ zakazane są męskie rzeczowniki. Problem przekładów jest więc problemem poważnym. Jest dotyczący tego problemu nowy dokument Stolicy Świętej, który według mnie oznacza rzeczywisty postęp. Dodałbym tu jeszcze, co następuje: w normalnej liturgii należałoby zachować pewne elementy łaciny; jakaś obecność łaciny jako więzi kościelnej wspólnoty wydaje mi się istotna. Trzeci problem stanowi celebracja versus populum. Jak przedstawiłem to w swych książkach, uważam, że celebrowanie ku wschodowi, w kierunku przychodzącego Chrystusa, jest tradycją apostolską. Jestem jednak przeciwny ciągłej rewolucji w kościołach. W tylu kościołach zmieniono teraz ich strukturę, że nie wydaje mi się rzeczą stosowną w tym momencie znowu poruszać tę sprawę. Gdyby jednak na ołtarzach zawsze był krzyż – krzyż w polu widzenia jako punkt odniesienia dla wszystkich, dla kapłana i dla wiernych – wtedy mielibyśmy nasz wschód, bo w końcu chrześcijańskim Wschodem jest Ukrzyżowany. I można by, myślę, bez trudności zrobić, co następuje: umieścić jako punkt odniesienia Ukrzyżowanego – krzyż, zapewniając w ten sposób liturgii nowe ukierunkowanie. Myślę, że nie jest to rzecz wyłącznie zewnętrzna. Jeśli liturgię celebruje się w zamkniętym kręgu, jeśli jest to tylko dialog kapłana z ludem, wtedy mamy przejaw klerykalizmu i brak wspólnej drogi do Pana, do którego wszyscy się zwracamy. Mieć Pana jako punkt odniesienia dla wszystkich, dla kapłana i dla wiernych, wydaje mi się więc rzeczą istotną, którą zawsze można zrealizować.

J. Ratzinger – Opera Omnia t. XI, Lublin 2012

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s